Właśnie dopłynęli. 10-osobowa sztafeta ze Śremu zakończyła start w najdłuższym maratonie pływackim, jaki do tej pory zorganizowano w Polsce. Potrafią pływać dniem i nocą, w błyskach piorunów i we mgle tak gęstej, że nie widać własnej ręki. Gigantyczne sumy sprawdzają wytrzymałość ich kostiumów, a bobry strzelają ogonami tuż przed twarzą. Ale najgorsze są muszki…

Bolało jak diabli, ale rekord padł

Na tydzień przed startem ubiegłorocznej sztafety Roman Bartkowiak postanowił „iść na całość” i przepłynąć non stop 100 kilometrów. Udało się! Zrobił to jako pierwszy człowiek na świecie w czasie poniżej 24 godzin.

Płynął wyłącznie kraulem. W pierwszej połowie dystansu wypijał co godzinę półlitrowy bidon ciepłej herbaty z dodatkiem glukozy i soku z cytryny. Do tego wafelek „Grześ”, lekkostrawny i pożywny. W drugiej połowie maratonu robił przerwy na żywienie i picie co 40 minut.

A potem było już coraz gorzej. Po kilkunastu godzinach pływania organizm wyziębił się tak dalece, że herbata o temperaturze trzydziestu kilku stopni robiła wrażenie wrzątku. Właśnie wtedy Bartkowiaka zaczęły łapać skurcze łydek i ud. Nadchodziły seriami, mniej więcej co pół godziny. Bartkowiak obracał się wtedy na plecy i rozciągał rękami skurczone nogi. Bolało jak diabli. Lekarz, który płynął tuż obok na pontonie, nie mógł na to patrzeć.

W 2005 roku, gdy Bartkowiak przepłynął non stop „tylko” 80 km, wzmacniał się herbatą z miodem. To był błąd, ponieważ miód zakwasił mu żołądek. Dostał wtedy kolki nerkowo-żołądkowej, która męczyła go przez dwie godziny. W 2006 roku nie popełnił już takiego błędu, odżywianie było dobrane optymalnie. Ale przy takim ochłodzeniu organizmu żołądek kurczy się z zimna i prawie nie przyjmuje pokarmu. Jedzenie stoi w przełyku, poziom cukru w organizmie spada, zaczyna się kryzys.

U Bartkowiaka kryzys nadszedł po przepłynięciu 90 kilometrów. Najpierw wysiadł lewy łokieć. Przy każdym ruchu staw bolał do tego stopnia, jakby ktoś wbijał w niego szpilkę. Potem zesztywniały mięśnie szyi. To i tak cud, że dopiero teraz, po wykonaniu kilkudziesięciu tysięcy skrętów głową, niezbędnych przy każdym oddechu. Do tego piekąca skóra na ramieniu, obtarta prawie do krwi przez zarost, odrastający na brodzie. Aż w końcu nadszedł ten moment: Bartkowiak zatrzymał się, wystawił głowę i wychrypiał, że chyba ma dość.

– Ile jest pięć razy pięć? – zapytał sędzia.

– Dwadzieścia pięć – odparł machinalnie pływak.

– A więc nie trać ducha, masz już mniej niż dziesięć kilometrów do mety.

I Bartkowiak popłynął dalej.

Wyglądał gorzej niż trup

Pytanie „z tabliczki mnożenia” może wydawać się nie na miejscu w sytuacji, gdy pływak gonił resztkami sił, ale to tylko pozory. Gdyby odpowiedź była błędna, sędzia bez wahania zakończyłby konkurencję. Rzecz w tym, że organizm, walcząc z hipotermią, najpierw odcina dopływ krwi do tkanki podskórnej. Potem przekierowuje obieg krwi z kończyn do tułowia. Potem dopuszcza nawet do wyziębienia dużych narządów wewnętrznych, takich jak wątroba czy nerki. Jednak wszystkimi siłami chroni przed utratą ciepła mózg, dostarczając mu krew o odpowiedniej temperaturze. Kiedy i mózg zaczyna stygnąć, pływak może tego nawet nie zauważyć. Przestaje myśleć i reagować, już nie jest w stanie odczytać znaków ostrzegawczych napływających z głębi organizmu.

Właśnie w ten sposób – szybko i bezboleśnie – zginęli pasażerowie „Titanica”. No, ale tam temperatura wody wynosiła zaledwie kilka stopni.

– Widziałem Romka, gdy zakończył swój rekordowy maraton – wspomina Mariusz Krześlak, syn armatora, który stoi za sterem statku ubezpieczającego „Bajka” podczas każdej sztafety. – Wyszedł z wody o własnych siłach, ale potem usiadł na nabrzeżu, spuścił głowę i czekał chyba na to, aż napłynie mu krew do mózgu. Ręce, nogi, całe ciało dygotało mu do tego stopnia, że nie mógł doprowadzić kubka z herbatą do ust. Twarz miał siną, skurczoną, z głębokimi cieniami pod oczami. Okryliśmy go folią termiczną, potem kocem, a on ciągle dygotał. Chcieliśmy zawieźć go do szpitala, ale odmówił. Mimo że wyglądał gorzej niż trup.

Pływanie w rzece
Pływanie w rzece

W szpitalu wylądował za to sam kapitan. Po dwóch dobach nieprzerwanego stania za kołem sterowym (bo przedtem trzeba było przecież dopłynąć statkiem do miejsca startu) Mariuszowi Krześlakowi do tego stopnia spuchły nogi, że w szpitalu trafił pod kroplówkę. Po 24-godzinnej kuracji wszystko wróciło do normy. W tym roku Mariusz Krześlak postanowił, że za wszelką cenę musi znaleźć zmiennika z odpowiednimi uprawnieniami.

Najgorsze są muszki!

Muszki pojawiają się wieczorem. Jednak i w dzień, w niektórych miejscach, potrafią być utrapieniem. W nocy, w świetle reflektorów, widać całe chmary owadów unoszące się tuż nad wodą. Muszki mogą być małe jak moskity, bywają też inne, całkiem spore. Płynąc kraulem, pływak zasysa je niemal z każdym oddechem. Muszki są chropowate jak tarka i stoją w gardle jak drzazga. Jedyny sposób, aby spłynęły do żołądka, to popić wodą. Ale kto się odważy pić wodę z Warty?

Jeszcze gorzej, gdy muszka utkwi w tchawicy. Wtedy człowiek zaczyna ostro kaszleć, jakby nagle zachorował na astmę. A muszka siedzi gdzieś głęboko jak przyklejona i nie daje się usunąć. Jedyny sposób na muszki to oddychać przez zęby, nie otwierając ust na całą szerokość. Nad ranem, kiedy zaczyna się rozwidniać, pływacy widzą na powierzchni wody brunatny kożuch, złożony z tysięcy owadów. Co chwila pod ten kożuch podpływa ryba i połyka kolejną porcję na śniadanie. A potem słychać plusk i już nie wiadomo, czy to ryba, bóbr czy człowiek.

„Bajka” dla maratończyków

Wszystkie te maratony nie byłyby możliwe do przeprowadzenia bez „Bajki”. Jest to spory, 19-metrowy statek pasażerski, którego właścicielem i armatorem jest 52-letni mieszkaniec Śremu, Tadeusz Krześlak. „Bajka”, wyprodukowana 40 lat temu w bydgoskiej Stoczni Rzecznej, ma wyjątkowo małe zanurzenie jak na statek tej wielkości: tylko 70 cm. Z pierwszym maratonem, w 2003 roku, płynął statek „Wełna” o zanurzeniu 90 cm. Utknął na pierwszej mieliźnie.

Tadeusz Krześlak kupił „Bajkę” pięć lat temu za 3 min zł. Biznesplan był taki: „Bajka” będzie pływać po Warcie i wozić turystów na jednodniowe wycieczki. Albo w czarterze, śródlądowymi drogami wodnymi Europy, mogłaby pływać nawet na wypoczynkowe rejsy do Francji czy Holandii. Ten plan nie wypalił: wycieczek jest za mało, a obowiązkowe przeglądy techniczne bardzo kosztowne.

– Już w zeszłym roku chciałem sprzedać „Bajkę” – opowiadał w maju Tadeusz Krześlak – ale uznałem, że nie mogę czegoś takiego zrobić Romkowi Bartkowiakowi. Przecież dla niego te maratony to jest najważniejsza sprawa w życiu. W dodatku wiedziałem, że bez „Bajki” nie mógłby w ubiegłym roku ustanowić tego wymarzonego rekordu świata.

Facebook Comments
  • Wykładziny dywanowe

    Jakie wykładziny dywanowe wybrać? Na co zwrócić uwagę przy wyborze wykładziny dywanowej? M…
  • Historia druku. Część I

    Historia druku – wbrew powszechnej opinii – nie jest zbyt długa i barwna. Współczesna druk…
  • Jakie pompy membranowe wybrać?

    Jakie pompy membranowe wybrać? Dużo osób zastanawia się, jakie pompy membranowe będą dla n…
Załaduj więcej Redaktor
Załaduj więcej Życie

Dodaj komentarz

Sprawdź też

Wykładziny dywanowe

Jakie wykładziny dywanowe wybrać? Na co zwrócić uwagę przy wyborze wykładziny dywanowej? M…